sobota , Listopad 27 2021
Home » MUST HAVE - musisz to mieć » Twarz czarna od węgla – czyli cudowny peeling

Twarz czarna od węgla – czyli cudowny peeling

Węgiel na twarzy kojarzy mi się z wakacjami u dziadków wiele lat temu, kiedy to  przy ich piecu jeszcze stało wiaderko z „czarnymi kamieniami”, które strasznie brudziły ręce, a najlepsza zabawa była wtedy, kiedy goniło się brata czy kuzyna z palcem umorusanym węglem i udało mi się zrobić im na policzku czarną pręgę. Z czasem dziadkowie wymienili piec i skończyły się czarne twarze. Aż do teraz … teraz znowu, co kilka dni, mam „umorusaną” węglem twarz. Tym razem jednak odpowiedzialny jest za to Marc Inbane Black Exfoliator. Ale po kolei.

Jakież było moje zdziwienie, jak okazało się, że węgiel może okazać się zbawienny dla skóry. Odkryłam to dzięki marce Marc Inbane właśnie- zainteresowałam się ich sprayem opalającym (o nim później). Okazało się, że zanim pokuszę się o naturalną opaleniznę, wprost z pojemniczka pod ciśnieniem, powinna użyć peelingu z tej samej linii. Peeling zrobił na mnie takie wrażenie, że postanowiłam poświęć mu oddzielny rozdział.

Zacznę od szaty graficznej, bo pierwsze wrażenie zaczyna się właśnie od niej. Bardzo eleganckie czarne opakowanie. Zgrabna, smukła tuba momentalnie przypadła mi do gustu i zamiast do szafki z kosmetykami, trafiła na łazienkową półkę, gdzie przyciąga wzrok. Oczywiście zagościła tam nie tylko dlatego, że pięknie się prezentuje, ale również dlatego, że zachwyciła mnie jej zawartość i często po nią sięgam. W tubie znajduje się przezroczysty żel z czarnymi kuleczkami – niby nic takiego pomyślałam, i jak to zazwyczaj czyni się z peelingami, zaczęłam wmasowywać go w skórę twarzy. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że czarne kuleczki nie mają mechanicznie zetrzeć martwego naskórka, tylko pod wpływem delikatnego nacisku rozcieram je  i maja twarz robi się czarna. To właśnie naturalny węgiel, który oczyszcza z tłustych i oleistych cząsteczek, zwiększając w ten sposób nawilżenie. Po zastosowaniu skóra jest dokładnie oczyszczona i bardziej podatna na działanie produktów do pielęgnacji – jak przeczytałam w opisie produktu. Dzięki temu, że skóra staje się czarna doskonale widzę, gdzie nałożyłam kosmetyk, a które rejony potraktowałam po macoszemu, czyli peeling wykonuję dużo dokładniej niż do tej pory.

Mam bardzo wrażliwą cerę i zazwyczaj po peelingach mechanicznych, niezależnie czy były grubo czy drobnoziarniste miałam podrażnioną i zaczerwienioną skórę, w przypadku Black Exfoliator moja skóra wyglądała nieskazitelnie, gdy zmyłam już „czarną maskę” (to może być niezwykle ważne dla tych z Was, które mają skórę „z problemami” i nie peelingi ziarniste są dla Was niewskazane). Efekt „po” przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Zaraz po osuszeniu twarzy ręcznikiem miałam wrażenie, że już użyłam kremu nawilżającego. Skóra była tak aksamitna, gładka, miękka i jednocześnie lekko napięta, a na dodatek bardzo przyjemna w dotyku. Oczywiście nie mogłam sobie, a raczej swojej twarzy, odmówić mojego ulubionego kremy nawilżającego i wklepałam go w wypilingowaną twarz, szyję i dekolt – krem wchłonął się rewelacyjnie, czyli peeling spełnił swoje zadanie.

Kosmetyk jest wydajny, wycisnęłam z tuby mniej produktu, niż zazwyczaj robiłam to używając innych peelingów, a efekt i tak mnie zadowolił. No i to cudowne wspomnienie czarnej twarzyczki z dzieciństwa – bezcenne. No i przekonuje mnie skład produktu. W opisie czytamy: Marc Inbane to wysokiej jakości składniki, bogate w minerały, witaminy, aminokwasy i przeciwutleniacze. To starannie dobrane składniki pochodzące z ziemi i morza.

Peeling marki Marc Inbane podbił moje serce. Za 75ml Marc Inbane Black Exfoliator przyjdzie nam zapłacić 149zl.