sobota , Listopad 27 2021
Home » MUST HAVE - musisz to mieć » Domowe opalanie

Domowe opalanie

Jaki jest Wasz stosunek do samoopalaczy? Ja mam mieszane uczucia. Nie przepadam za ich zapachem, z drugiej strony bardzo lubię efekt delikatnie muśniętej słońcem skóry. Nieustannie więc poszukuję preparatu idealnego, bo solarium to nie moja bajka. W większości testowanych produktów nie do przejścia był dla mnie zapach i to nie samego preparatu, ale zapach skóry po jego zastosowaniu. I wreszcie EUREKA … Natural Tanning Spray Marc Inbane.

Opowiadałam Wam już o peelingu tej marki, który jest pierwszym etapem do osiągnięcia naturalnie wyglądającej opalenizny. Tu odnośnik do testu. Dystrybutor tak pisze o swoim produkcie: „Żyjemy w ciągłym biegu, w szerokości geograficznej, gdzie podaż promieni słonecznych w ciągu dnia jest czasowo, dość mocno ograniczona. Wszystko sprawia, że utrzymanie zdrowej wakacyjnej opalenizny jest bardzo trudne. Z drugiej strony wszyscy doskonale wiemy, że długotrwała ekspozycja skóry na słońce może być bardzo niebezpieczna ze względu na szkodliwe działanie promieni UV. Tak narodził się pomysł na naturalny spray samoopalający – zdrowy i bezpieczny sposób na zachowanie opalenizny przez okrągły rok.” Dla nie brzmi nieźle. Dalej czytamy: „Naturalny spray samoopalający przeznaczony jest do częstej, samodzielnej i domowej aplikacji. Szybkoschnący i bezpieczny, nie pozostawia plam czy też smug, dzięki czemu możemy uzyskać efekt pięknej, równomiernie opalonej skóry. Produkt ten wzbogacony jest o czyste, odżywcze składniki pochodzenia roślinnego, między innymi aloes i miłorząb. Przeznaczony jest do wszystkich typów skóry i można go stosować do całego ciała. Jedna butelka wystarcza na 60 aplikacji na twarz i szyję, a efekt utrzymuje się do 5 dni.”

Postanowiłam to sprawdzić.

Pomijając szatę graficzną, która jest absolutnie boska i prostotą idealnie wpisuje się w mój gust, zawartość opakowania również zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Po pierwsze zapach – po kilku godzinach nie miałam ochoty zdrapać swojej skóry, bo nie byłam w stanie znieś tego specyficznego zapachu skóry po samoopalaczach. Ten test Marc Inbane zdał bez zarzutów. Aplikacja pędzlem typu kabuki na twarzy i specjalną miękką rękawicą na ciele też nie sprawia większych problemów. Ja mam skórę suchą, więc po peelingu całego ciała, a przed sprayem opalającym użyłam balsamu nawilżającego, dzięki czemu rękawica „ślizgała” się po skórze  i udało się w miarę równo zaaplikować preparat. Na szczęście nie powstały nieestetyczne zacieki i plamy. Trochę dziwne jest aktywowanie „opalenizny” suszarką… tak tak po nałożeniu preparatu trzeba użyć suszarki do włosów i wysuszyć skórę. Dzięki temu preparat lepiej się z nią stapia. Lepiej więc nie „opalać” całego ciała na raz, tylko etapami, żeby dobrze wysuszyć wszystkie partie ciała. Tak jak jestem absolutną fanką preparatu jeżeli chodzi o obszar od dekoltu w górę, tak reszta ciała i suszarka … były to lekko -przeprasza, upierdliwe. Przy kolejnej aplikacji darowałam sobie suszarkę i już wiem, że jak się nie wysuszy Mark Inbane, to trzeba latać na golasa, bo dopóki całkowicie się nie wyschnie, to brudzi ubrania. Więc chyba lepiej poszaleć z tą suszarką w łazience przez kilka chwil 😉

Kolor jest szalenie naturalny – przynajmniej na mojej skórze, bo to, jak kolor uzyskamy- i dotyczy to wszystkich samoopalaczy, zależy od PH naszej skóry. Preparat, który u mnie dał efekt powakacyjnej opalenizny, u kogoś może dać efekt skóry zafarbowanej marchewką. Dlatego przy wszelkiego rodzaju kosmetykach samoopalających, zawsze zrób test w mało widocznym miejscu – nie smaruj od razu całej twarzy, bo może się okazać, że potrzebujesz L4, bo przez kilka dni będziesz się wstydziła wyjść z domu.

Opalenizna zostanie z nami 5dni i z każdym dniem, i z każdym myciem będzie delikatnie tracić na intensywności.

Za 200ml preparatu musimy zapłacić 159zl